Idee i podstawy polityki zagranicznej II Rzeczypospolitej

Marek Kornat

Prowadzona w warunkach pokoju polityka zagraniczna II Rzeczypospolitej obejmuje zaledwie osiemnaście lat: od marca 1921 do sierpnia 1939 r. Był to okres przyspieszonych, gwałtownych zmian w europejskim układzie sił, ogólnej destabilizacji i nieskuteczności dyplomacji jako środka rozwiązywania sporów międzynarodowych. Państwo polskie znajdowało się w bardzo niekorzystnym położeniu geopolitycznym – między dążącymi do zmiany terytorialnego porządku w Europie Niemcami i Rosją Sowiecką.

I.

Służba dyplomatyczna odbudowanego państwa polskiego musiała być tworzona od podstaw – bez możliwości odwołania się do doświadczeń nowoczesnej państwowości, której Polacy nie mieli, gdyż utracili swoje państwo w 1795 r., a Księstwo Warszawskie i Królestwo Polskie (1815–1830) własnej polityki zagranicznej nie prowadziły. Jedyną więc tradycją dyplomacji stała się emigracyjna polityka Hotelu Lambert –  obozu politycznego kierowanego przez ks. Adama Jerzego Czartoryskiego, nazywanego ministerstwem spraw zagranicznych nieistniejącego państwa.

kurier20warszawski202220pazdziernika20dodatek20nadzwyczajny20004.jpg

Dodatek nadzwyczajny do „Kuriera Warszawskiego” z 22 października 1918, ogłaszający powstanie rządu Józefa Świeżyńskiego ze Stanisławem Głąbińskim jako pierwszym polskim ministrem spraw zagranicznych, co stanowiło manifestację umacniającej się polskiej niezależności. Premier Świeżyński próbował działać w tym kierunku również poprzez zwrócenie się do paryskiego Komitetu Narodowego Polskiego o reprezentowanie rządu na zewnątrz.

Kadra dyplomatyczna Polski pochodziła z trzech zasobów – z zespołu Komitetu Narodowego Polskiego Romana Dmowskiego, Naczelnego Komitetu Narodowego oraz pewnej liczby dyplomatów z austro-węgierskiej służby zagranicznej. Uzupełnieniem stały się kadry rekrutowane z młodego pokolenia obywateli nowej Rzeczypospolitej, urodzonych w ostatnich latach XIX w. To właśnie pokolenie, którego początki służby publicznej przypadły na lata pierwszej wojny światowej, wniosło spory wkład do dyplomacji odrodzonego państwa. Pod względem społecznym w służbie zagranicznej II Rzeczypospolitej występowała nadreprezentacja przedstawicieli arystokracji i ziemiaństwa, co bywało powodem zarzutów ze strony lewicy i kół demokratycznych, lecz wynikało z naturalnych poniekąd walorów ludzi z tych sfer (znajomość świata i języków obcych, kontakty międzynarodowe).

Lata 1919–1926 – okres demokracji parlamentarnej – cechowała daleko posunięta niestabilność polskiej polityki zagranicznej. Ministrowie spraw zagranicznych często się zmieniali. Liczne przetasowania gabinetów wiązały się ze zmianami w koncepcjach prowadzenia polityki zagranicznej. Brakowało ciągłości działania. O kształt polityki zagranicznej toczyła się bardzo ostra walka – przede wszystkim między Narodową Demokracją a obozem Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego (1918–1922), który po jego odejściu z tego urzędu zaczął kształtować się na nowo w latach 1924–1925. Każdy z gabinetów rządowych Polski przed 1926 r. miał charakter koalicyjny, a poszczególne stronnictwa odmiennie zapatrywały się na politykę międzynarodową.

Niewątpliwie po ustaleniu granic wschodnich państwa wiosną 1921 r. nastąpiło „nowe otwarcie” polityki zagranicznej. Ministrowie spraw zagranicznych: Konstanty Skirmunt, Gabriel Narutowicz i Aleksander Skrzyński – niezależnie od różnic w zapatrywaniach na politykę międzynarodową – podjęli próbę dostosowania dyplomacji do warunków pracy pokojowej. Polska jako państwo będące beneficjentem stworzonego po pierwszej wojnie światowej europejskiego ładu terytorialnego miała prowadzić politykę przede wszystkim obliczoną na poszanowanie traktatów potwierdzających status quo. Miała także budować i umacniać „strefę neutralną” między Niemcami i Rosją Sowiecką. Idea przebudowy rozbitej na skłócone państwa narodowe Europy Środkowej była od początku niepodległości jednym z najważniejszych postulatów polskiej dyplomacji.

1924_pic_1-m-11-7_kadr.jpg

Genewa, listopad 1924. Minister spraw zagranicznych RP Aleksander Skrzyński przemawia podczas posiedzenia Zgromadzenia Ligi Narodów. Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Bez wątpienia najwybitniejszy spośród przedmajowych ministrów spraw zagranicznych, Aleksander Skrzyński, miał własne koncepcje, wyraźnie odbiegające od zapatrywań obydwu wielkich szkół polskiej polityki: Dmowskiego i Piłsudskiego. Cechował je przede wszystkim multilateralizm, oparty o przekonanie, że Liga Narodów ma przed sobą perspektywy rozwoju, a jej program, streszczający się w triadzie bezpieczeństwo – arbitraż – rozbrojenie, nie jest utopią. Jedną z rzadkich i cennych zalet Skrzyńskiego była jego umiejętność sugestywnego tłumaczenia zasad polityki zagranicznej własnemu społeczeństwu. Program ten miał racjonalne podstawy, ale wraz z bankructwem Ligi Narodów utracił wszelkie znaczenie.

Pierwszym ministrem spraw zagranicznych marszałka Piłsudskiego – po przejęciu przez niego władzy w maju 1926 r. – był August Zaleski. Jego ostrożna polityka zdawała się odpowiadać liberalnemu kursowi premiera Kazimierza Bartla w stosunkach wewnętrznych (1926–1930). Zaleski podkreślał bardzo często, że polityka zagraniczna jest raczej rodzajem długofalowej pracy organicznej w służbie interesów własnego państwa niż działaniem w sferze symboli i gestów. Uzgadniał swe najistotniejsze decyzje z marszałkiem Piłsudskim, ale nie stronił od inicjatywy własnej – przede wszystkim na polu współpracy z Ligą Narodów i przygotowywania podstaw bezpieczeństwa międzynarodowego. Zdobył znaczny międzynarodowy autorytet, jednak nie zdołał skutecznie przeciwdziałać niekorzystnym przeobrażeniom polityki europejskiej, przede wszystkim polokarneńskiemu zbliżeniu francusko-niemieckiemu.

W latach trzydziestych – po objęciu kierownictwa resortu spraw zagranicznych przez Józefa Becka w listopadzie 1932 r. – wprowadzono znaczące zmiany w funkcjonowaniu polskiej służby zagranicznej. Beck doprowadził do odmłodzenia służby zagranicznej. Pozbył się wielu dyplomatów „starej szkoły”, głównie związanych z dawnym Komitetem Narodowym Polskim, oraz ludzi, do których nie miał zaufania. Wniósł do polskiej polityki zagranicznej nowy styl, charakteryzujący się przede wszystkim dużym dynamizmem. Prowadzona przez niego polityka akcentowała niezawisłość Rzeczypospolitej i zasadę „nic o nas bez nas”. Dyplomacja polska coraz większe znaczenie przywiązywała do problemów gospodarczych oraz do promocji pożądanego wizerunku państwa polskiego na arenie międzynarodowej.

W dobie przedmajowej (1921–1926) politykę zagraniczną państwa polskiego – w ustroju parlamentarno-gabinetowym – prowadziła Rada Ministrów. Sprawy zagraniczne były regularnie omawiane przez Komitet Polityczny Rady Ministrów. Debaty te wymagały dokumentów o charakterze programowym. Obie izby parlamentarne sprawowały nad polityką zagraniczną kontrolę. W czasach Augusta Zaleskiego (1926–1932) już nie Rada Ministrów wyznaczała cele strategiczne, lecz marszałek Piłsudski jako autorytet nadrzędny określał priorytety i zadania. Minister spraw zagranicznych miał wprawdzie znaczny zakres swobody w realizacji jego wytycznych, lecz w polityce zewnętrznej nie działo się nic istotnego poza wiedzą Piłsudskiego. Ten stan rzeczy nie wymagał przygotowywania obszernych memorandów. Zaleski chętnie komunikował się z placówkami dyplomatycznymi za pomocą szczegółowych instrukcji. W warunkach autorytarnego ustroju wewnętrznego malała kontrolna funkcja parlamentu. Nie ustały natomiast dyskusje wokół polityki zagranicznej w prasie, która wprawdzie podlegała cenzurze represyjnej, ale miała znaczny zakres swobody.

W czasach Becka charakter pracy resortu spraw zagranicznych uległ dalszym głębokim przeobrażeniom. Departament Polityczny – dominujący w strukturze MSZ lat dwudziestych, kluczowy w procesie decyzyjnym za kadencji ministrów Aleksandra Skrzyńskiego i Augusta Zaleskiego – utracił swoje dotychczasowe znaczenie. Centrum decyzyjne w MSZ przeniosło się do Gabinetu Ministra. W okresie sprawowania funkcji ministra przez Józefa Becka wyodrębnił się w MSZ wyraźny „podział na grono kierownicze, które myśli, ocenia, syntetyzuje i decyduje, oraz na pozostałych urzędników, którzy zbierają wiadomości, materiały i obserwacje, najwyżej dokonują opracowań faktograficznych i analitycznych, a rezultaty swych prac dostarczają swym szefom jako podstawę do ich przemyśleń i wyciągania wniosków” – jak to ujął później jeden z urzędników ministerstwa Stanisław Zabiełło. O ile ministrowie Skrzyński i Zaleski przywiązywali dużą wagę do tłumaczenia własnemu społeczeństwu zasad i decyzji dotyczących polityki zagranicznej, o tyle Beck był zwolennikiem dyplomacji czysto gabinetowej, działającej w zaciszu biur, polegającej na precyzyjnym instruowaniu placówek dyplomatycznych przez centralę MSZ oraz efektywnej pracy ambasadorów w ważniejszych stolicach.

Historycy dyplomacji są na ogół zgodni w tym, że istotną rolę w kształtowaniu polityki zagranicznej odgrywali ambasadorzy w głównych stolicach ówczesnej Europy. Józef Beck wysoko cenił poglądy ambasadora Józefa Lipskiego na temat Niemiec i polityki zagranicznej tego mocarstwa. Polegał również na opinii ambasadora Juliusza Łukasiewicza w kwestii polityki wobec Francji, upatrując w nim nie tylko kompetentnego dyplomatę, ale też człowieka rozumiejącego skomplikowane, szczególnie od 1938 r., relacje z zachodnim sojusznikiem. Minister liczył się ze zdaniem Edwarda Raczyńskiego, ambasadora w Londynie, umiejętnego obserwatora polityki brytyjskiej i rzecznika zacieśniania stosunków z Wielką Brytanią. Dużą wagę polskie kierownictwo przywiązywało do relacji z Włochami; dbał o nie ambasador przy Kwirynale w Rzymie (od czerwca 1938 r.) Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Głównym ekspertem od stosunków ze Związkiem Sowieckim pozostawał ambasador Wacław Grzybowski, ale dzielił tę rolę z naczelnikiem Wydziału Wschodniego MSZ Tadeuszem Kobylańskim. Jedynym wiceministrem spraw zagranicznych w latach trzydziestych był Jan Szembek, dyplomata z dawnej, austro-węgierskiej służby, któremu Beck powierzył to stanowisko – jak się wydaje – z dwóch powodów: niezależności poglądów i wysokich kwalifikacji urzędniczych.

pic_1-d-507-3.jpg

Paryż, 1927. Sala balowa w gmachu Ambasady RP w Paryżu przy Avenue de Tokio. Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

O wzmocnieniu międzynarodowego położenia Polski świadczyło uzyskanie placówek w randze ambasad, co w ówczesnej hierarchii oznaczało przywilej przynależny mocarstwom, podczas gdy pozostałe państwa utrzymywały ze sobą stosunki dyplomatyczne na szczeblu poselstw. W 1924 r. Polska doprowadziła do ustanowienia dwóch pierwszych ambasad – w Paryżu i Watykanie. Potwierdzeniem awansu naszego kraju w drugiej połowie lat dwudziestych stało się ustanowienie ambasad w Londynie, Rzymie i Waszyngtonie (1929). Rok 1934 przyniósł wymianę ambasadorów z obydwoma wielkimi sąsiadami: Rzeszą Niemiecką i ZSRR. Później przyszło jeszcze podniesienie do rangi ambasad poselstw w Tokio, Ankarze i Bukareszcie. Do 1939 r. Polska dysponowała w sumie dziesięcioma ambasadami.

Zdaniem marszałka Piłsudskiego i ministra Becka najgorszą rzeczą, którą ze wszystkich sił należało zwalczać, była ingerencja czynników zewnętrznych w politykę zagraniczną państwa. Mówiąc językiem dzisiejszym, potępiali oni wszelkie postawy klientelizmu. Zdolność państwa do prowadzenia własnej polityki uznawano za podstawowy nakaz racji stanu. Autorytarny porządek ustrojowy (stworzony po zamachu stanu w maju 1926 r.) wytworzył silny ośrodek dyspozycji politycznej i utrudniał czynnikom zagranicznym oddziaływanie na politykę państwa polskiego.

II.

Polityka zagraniczna każdego państwa rozgrywa się w realiach stworzonych przez uwarunkowania zewnętrzne, zawsze też jest ona rezultatem wewnętrznego układu sił. Te oczywiste prawidłowości występowały także w przypadku Polski lat 1918–1939. Byłoby jednak wielkim uproszczeniem nieuwzględnienie udziału ludzkiej woli i zbiorowej wyobraźni społeczeństwa w kształtowaniu polskiej polityki zagranicznej tego okresu.

Dwa traktaty pokojowe – wersalski i ryski – stworzyły najistotniejsze podstawy międzynarodowego położenia państwa polskiego. Traktat wersalski był rezultatem decyzji mocarstw sprzymierzonych. Traktat ryski zakończył wojnę polsko-sowiecką i ustalił wschodnią granicę Rzeczypospolitej. „Dla Polski traktat ryski ma takie znaczenie jak wersalski” – uważano nie bez racji we francuskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Traktat ryski miał też istotne znaczenie dla Europy Środkowo-Wschodniej, uzasadnione jest więc uznanie go za ważny komponent systemu wersalskiego. 15 marca 1923 r. mocarstwa Ententy, wykonując postanowienia artykułu 87 traktatu wersalskiego, oficjalnie uznały wschodnią granicę Polski, chociaż początkowo wahano się i obawiano o jej trwałość.

Odrodzona Polska powróciła do polityki międzynarodowej jako europejskie państwo średniej wielkości, cywilizacyjnie zapóźnione i pełne kontrastów społecznych, skłócone z sąsiadami, borykające się z trudnym do rozwiązania problemem aspiracji politycznych mniejszości narodowych. Usytuowana w nowej, przebudowanej „Europie narodów”, stanowiła integralną część systemu wersalskiego, zbudowanego na gruncie traktatów pokojowych zawartych w latach 1919–1920 oraz paktu Ligi Narodów. Nie będzie więc nadużyciem stwierdzenie, że los niepodległej Polski zależał od przetrwania tego systemu. Ze względu na ogólną destabilizację Europy Środkowo-Wschodniej wszakże przyszłość ładu wersalskiego przedstawiała się problematycznie. Narodowe państwa tej części kontynentu, skłócone w swych dążeniach politycznych, broniące konsekwentnie suwerenności, cierpiały – jak byśmy dziś powiedzieli – na deficyt bezpieczeństwa.

Początek niepodległości postawił Polskę w obliczu geopolitycznej próżni, jaka wytworzyła się w Europie Środkowej i Wschodniej po upadku trzech mocarstw rozbiorowych. Granica zachodnia Rzeczypospolitej miała być ustalona przez zwycięskie mocarstwa, które postanowiły podyktować warunki pokoju pokonanym Niemcom, ale granicę wschodnią Polacy mogli próbować kształtować na własną rękę – mocą faktów dokonanych. Rzecznikiem tezy o konieczności maksymalnego osłabienia Rosji był przede wszystkim Józef Piłsudski, lecz jego program zakładający stworzenie niezawisłej od Rosji Ukrainy nie znalazł poparcia mocarstw sprzymierzonych i okazał się ponad siły państwa polskiego.

Podstawową i niezmienną ideą polityki zagranicznej II Rzeczypospolitej była koncepcja niezależności państwa polskiego między Niemcami i Rosją Sowiecką. Idea ta pojawiła się zaraz po odzyskaniu niepodległości, a znalazła wyraz w uchwale Rady Ministrów z 19 stycznia 1922 r. Następnie sformułowana została na nowo przez marszałka Piłsudskiego w 1926 r., a po jego śmierci (1935) była realizowana przez ministra Józefa Becka – w gwałtownie pogarszającej się sytuacji międzynarodowej, na którą Polska nie miała kreatywnego wpływu. Koncepcja niezawisłości od Niemiec i Rosji odpowiadała głoszonemu zgodnie przez polską myśl polityczną przekonaniu, iż odrodzone państwo polskie winno odgrywać rolę samodzielnego czynnika polityki międzynarodowej pomiędzy tymi mocarstwami, mimo swego ograniczonego potencjału gospodarczego i zapóźnienia cywilizacyjnego w stosunku do narodów Europy Zachodniej. Czy jednak było to stanowisko realistyczne?

Nie ma wątpliwości, że w tym położeniu geopolitycznym, w którym znajdowało się państwo polskie, inna opcja strategiczna nie była możliwa. Polska nie mogła poszukiwać bezpieczeństwa we współpracy z Niemcami ani we współdziałaniu z Rosją Sowiecką. Pierwszy wariant musiałby się wiązać z ustępstwami terytorialnymi (rewizją traktatu wersalskiego) na rzecz Niemiec i podporządkowaniem Polski temu sąsiadowi. Jak wiadomo, kiedy powstała III Rzesza, ambicją Hitlera stała się dominacja Niemiec w Europie Wschodniej, w związku z tym każda polityka współpracy z Niemcami przeciw Rosji Sowieckiej musiałaby zakładać udział Polski w tych planach. Pokusy takie zostały kategorycznie odrzucone przez polskich przywódców. W planach polskich nie było też miejsca na scenariusz współpracy z Sowietami, gdyż uczyniłoby to Polskę wasalem tego totalitarnego mocarstwa, musiałoby także oznaczać zagrożenie w postaci ekspansji ideologicznej ze wschodu, a zapewne i utratę części terytoriów. W geopolitycznym układzie sił Europy Wschodniej nie sposób wyobrazić sobie Polski niezależnej, a zarazem związanej z ZSRR. O realizmie polskiej myśli politycznej świadczyło niewątpliwie to, że nie zakładała ona nigdy ewentualności pomocy sowieckiej dla Polski w wojnie przeciw Niemcom i vice versa. Wyobrażano sobie, jak wiele musiałoby to kosztować. Wybrano więc rozwiązanie trzecie – bardzo ryzykowne – zakładające niezależność od obu mocarstw. Za główne zadanie polityki polskiej uznano dojście do porozumień stabilizacyjnych z Niemcami i ZSRR. W ówczesnej praktyce mogły to być układy o nieagresji.

Po pierwszej wojnie światowej główną siłą organizującą nowy ład terytorialny na kontynencie europejskim stała się Francja. Jej polityka zagraniczna do 1925 r. skupiała się na ścisłym wykonaniu traktatów pokojowych, co odpowiadało interesom Polski. Najbardziej więc doniosłą decyzją strategiczną polskiego kierownictwa było postanowienie o zawarciu sojuszu z Francją, który stał się kamieniem węgielnym polskiej polityki zagranicznej na całe dwudziestolecie międzywojenne. Podpisując 19 lutego 1921 r. w Paryżu sojusz obronny z Francją – uzupełniony datowaną na ten sam dzień tajną konwencją wojskową – Polska znalazła się w obozie jej aliantów. Porozumienie było skierowane przeciwko Niemcom. Zobowiązania Francji na okoliczność wojny polsko-sowieckiej zakładały jedynie dostawy materiałowe i obowiązek „zneutralizowania” Niemiec, aby nie włączyły się one do ewentualnego konfliktu. Nie wydaje się możliwe, aby w ówczesnych realiach negocjatorzy polscy mogli uzyskać lepsze warunki przymierza. Francuzi zresztą niebawem po podpisaniu umowy z 19 lutego 1921 r. uznali swe zobowiązania za zbyt daleko idące i pragnęli je zmodyfikować – w rzeczywistości: ograniczyć.

Sojusz z Francją uzupełniony został przymierzem bilateralnym z Rumunią, podpisanym w Bukareszcie 3 marca 1921 r., zwróconym przeciwko Rosji Sowieckiej. Przymierze to nigdy nie stało się pełnowartościowe. Pozbawiona nowoczesnej gospodarki Polska nie mogła być głównym partnerem ekonomicznym Rumunii. Z racji geopolitycznego położenia tego kraju – skłóconego z sąsiadami i zapóźnionego cywilizacyjnie bardziej niż ówczesna Polska – sojusz Warszawy i Bukaresztu przedstawiał ograniczoną wartość nawet jako czynnik odstraszania w czasie pokoju.

Tylko dwa bilateralne porozumienia sojusznicze składały się na polską politykę bezpieczeństwa po odzyskaniu niepodległości. Czy możliwe były jeszcze inne sojusze, dające Polsce więcej aliantów? Odpowiedź na to pytanie musi być negatywna. Przesądziły o tym realia geopolityczne. Złe stosunki z Czechosłowacją – związane przede wszystkim z różnicami w pojmowaniu problemów bezpieczeństwa europejskiego – uniemożliwiły współdziałanie. Dotychczasowe badania historyków wskazują jasno, że rząd tego państwa gotów był zaoferować Polsce traktat o wieczystej przyjaźni, ale nie sojusz wojskowy. Alians z Węgrami, mimo ofert z ich strony, nie wchodził w grę, bowiem nasze państwa nie graniczyły ze sobą, wykonanie wzajemnych zobowiązań w wypadku wojny byłoby niemożliwe. Traktaty o przyjaźni wieczystej z Turcją i Jugosławią – zawarte w latach 1923 i 1927 – nie były sojuszami.

Pojawiła się jeszcze jedna idea – koncepcja bloku politycznego w Europie Północno-Wschodniej pod egidą Polski. Jej wyrazem stał się układ warszawski, czyli porozumienie obronne podpisane 17 marca 1922 r. przez ministrów spraw zagranicznych Polski, Łotwy, Estonii i Finlandii – nieratyfikowane wszakże przez to ostatnie państwo. Konkretny plan dyplomacji polskiej zakończył się więc niepowodzeniem. Ściślejsze związanie państw bałtyckich z Polską nie okazało się możliwe. Antagonizm polsko-litewski dodatkowo utrudniał swobodę działania dyplomacji polskiej na tym azymucie.

Inny projekt wzmocnienia położenia Polski, który rozpatrywano w MSZ na początku lat dwudziestych, to idea bliskiej współpracy (chociaż nie akcesu) Polski z Małą Ententą – Czechosłowacją, Jugosławią i Rumunią, które związały się porozumieniem przeciwko rewizjonizmowi węgierskiemu. Projektu tego nie przeprowadzono, chociaż ministrowie spraw zagranicznych Konstanty Skirmunt, Gabriel Narutowicz, a zwłaszcza Marian Seyda – głosili tezę o konieczności politycznej konsolidacji powojennej Europy Środkowej, dodając postulat ścisłego współdziałania Polski z państwami Małej Ententy . Obowiązywało jednak stanowisko, które zwerbalizował Skirmunt: „przymierze z Rumunią i porozumienie z Czechosłowacją nie jest dla Polski identyczne z przystąpieniem do tzw. Małej Ententy”. Rozumiano, że ewentualne dołączenie do tego bloku, mającego charakter czysto regionalny, nie przyniosłoby większych korzyści. Mała Ententa nie mogła zaoferować Polsce żadnych gwarancji wsparcia na okoliczność wojny obronnej przeciwko Niemcom albo Rosji lub przeciwko obu tym mocarstwom równocześnie.

Jest faktem, że przystąpienie do współpracy z Czechosłowacją rozważano w Warszawie kilkakrotnie. Najpierw myślał o tym minister Konstanty Skirmunt. Jego starania doprowadziły do zawarcia układu w Pradze 6 listopada 1921 r., ale podpisana umowa nie weszła w życie. Za kadencji ministerialnej Aleksandra Skrzyńskiego w kwietniu 1925 r. doszło do skutku polityczne wyrównanie stosunków polsko-czechosłowackich, ale nie utorowało ono drogi do prawdziwej współpracy. Upadła również ostatnia inicjatywa polska w sprawie pojednania ze południowym sąsiadem, którą rozważał minister Beck, ale wskutek wyłamania się Czechosłowacji z frontu walki przeciw paktowi czterech (próby porozumienia Włoch, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii, podjętej z inicjatywy Benito Mussoliniego w 1932 r. i zakończonej niepowodzeniem w roku następnym) – zamysł ten zarzucił. Niewątpliwie obydwa państwa dzieliło coś więcej niż tylko spór terytorialny o Śląsk Cieszyński. W obu stolicach dominowały odmienne wizje stosunków międzynarodowych oraz przeciwstawne koncepcje organizacji ładu politycznego w Europie Środkowo-Wschodniej.

Czy była szansa wykorzystania Ligi Narodów do wzmocnienia bezpieczeństwa Polski? Wysiłki takie dyplomacja podejmowała kilkakrotnie – wystarczy wspomnieć polski projekt powszechnego paktu o potępieniu wojny zaborczej albo skonkretyzowany plan „rozbrojenia moralnego”. Jak już jednak wspominaliśmy, Liga Narodów nigdy nie stała się rzeczywistym instrumentem bezpieczeństwa światowego, chociaż miała takie aspiracje. Polski sceptycyzm wobec Ligi zdawał się dowodem realizmu. Oczywiście to prawda, że Liga była potrzebna przede wszystkim państwom słabszym, ale nie mogła ona zaoferować żadnych skutecznych gwarancji bezpieczeństwa nowym państwom narodowym Europy Środkowo-Wschodniej; brak odpowiedzi Rady Ligi Narodów na polski apel z lipca 1920 r., wystosowany w obliczu inwazji sowieckiej, jest faktem wymownym.

Liga Narodów nie zdołała zrealizować żadnego z trzech swoich kluczowych postulatów. Zbiorowe bezpieczeństwo w Europie okazało się niemożliwe, chociaż podpisany 2 października 1924 r. protokół genewski został powitany z zadowoleniem przez te kraje, które najbardziej obawiały się o swoje bezpieczeństwo. Ważne było zwłaszcza postanowienie, że państwo, które nie godzi się na arbitraż, jest agresorem. Umowa nie weszła jednak w życie – w rezultacie sprzeciwu Wielkiej Brytanii i niechęci Włoch.

Dotkliwą zmianę na niekorzyść przyniosła Polsce konferencja w Locarno z października 1925 r. Stworzono wówczas regionalny system bezpieczeństwa dla Europy Zachodniej, ale Polskę pozostawiono poza tą regulacją. Sojusz polsko-francuski znacznie osłabł, gdyż rząd w Paryżu doprowadził do zawarcia nowego porozumienia gwarancyjnego, które uzależniło stosowanie przymierza od działania mechanizmu Ligi Narodów. Koncepcja polsko-niemieckiego traktatu arbitrażowego zagwarantowanego przez Francję została w Berlinie odrzucona. Z tego samego powodu nie doszła do skutku polska propozycja trójstronnego porozumienia gwarancyjnego polsko-francusko-niemieckiego. W 1927 r. Francja zgodziła się na likwidację komisji kontroli zbrojeń niemieckich, a w 1929 r. ewakuowano oddziały armii francuskiej z Nadrenii.

Zbliżenie i dialog francusko-niemiecki były bezspornie korzystne dla pokoju europejskiego. Chodziło jednak o to, aby nie prowadzono go przeciw Polsce i bez jej udziału. Niestety międzynarodowa konfiguracja sił w latach dwudziestych kształtowała się w wyniku niesprzyjającej Polsce ewolucji: od francuskiej polityki realizacji traktatu wersalskiego do programu francusko-niemieckiego pojednania i modyfikacji postanowień traktatowych. Postanowienia konferencji w Locarno, pozostawiające Polskę bez gwarancji jej granic na zachodzie i północy, stały się wyrazem tej ewolucji. Dla polskich polityków Locarno pozostało traumatycznym wspomnieniem.

W lata trzydzieste XX w. Polska wchodziła w niezwykle niestabilnych okolicznościach. Rozkład systemu wersalskiego, upadek systemu lokarneńskiego (z którego dobrodziejstw Rzeczpospolita zresztą nie korzystała), krach Ligi Narodów, bierność mocarstw zachodnich, degradacja międzynarodowej roli Francji, ofensywa dyplomatyczna totalitarnych Niemiec i dwutorowa polityka Związku Sowieckiego (pokojowa oficjalnie, destabilizująca Europę w rzeczywistości) – oto najistotniejsze wyznaczniki zewnętrznego położenia państwa polskiego. Było ono szczególnie narażone na to, że „pewnego dnia sejsmograf europejski się zatrzęsie”, jak przewidywał marszałek Piłsudski już w roku 1926. Dla dyplomacji europejskiej druga połowa lat dwudziestych była okresem niewątpliwej stabilizacji, owym „pięcioleciem spokoju”, o jakim marszałek Piłsudski mówił w 1926 r., kiedy ponownie obejmował władzę. W latach 1932–1933 okres ten bezpowrotnie się skończył.

Od 1922 r. działał system Rapallo, czyli zapoczątkowana układem z tego roku i rozszerzona traktatem berlińskim z 1926 r. współpraca niemiecko-sowiecka. Nie stwarzała ona bezpośredniego zagrożenia dla Polski „tu i teraz”, gdyż obydwa te „zdegradowane mocarstwa” nie były w stanie obalić traktatów wersalskiego i ryskiego. Uniemożliwiała jednak odprężenie między Polską a Niemcami oraz między Polską a ZSRR – bez względu na to, jak bardzo starałaby się o nie nasza dyplomacja. Rozkład systemu Rapallo, kryzys wewnętrzny Niemiec (1930–1932) oraz poczucie zagrożenia ZSRR na Dalekim Wschodzie zmieniły w poważnym stopniu realia międzynarodowe. Przejściowa koniunktura, jaka się wówczas pojawiła, została przez dyplomację polską wyzyskana.

Dwa układy o nieagresji – z ZSRR z 25 lipca 1932 r. i z Niemcami z 26 stycznia 1934 r. – stworzyły krótkotrwałe modus vivendi między Polską a jej wielkimi sąsiadami. Marszałek Piłsudski uważał, że utrzymanie tego stanu rzeczy – tak długo, jak to możliwe – stanowi priorytet polityki polskiej, chociaż miał poważne wątpliwości, czy porozumienia przetrwają dłużej niż cztery czy pięć lat.

Rząd polski starał się zachować w mocy bilateralne sojusze defensywne z 1921 r. – z Francją przeciw Niemcom oraz z Rumunią przeciw Sowietom. W latach trzydziestych XX w. obydwa te przymierza nie mogły dać wiele Polsce w wypadku wojny. Po konferencji w Locarno sojusz polsko-francuski doznał poważnego osłabienia, a jego odbudowa w 1936 r., chociaż ważna dla Polski, nie była pełna. Po 1929 r. Francja wkroczyła na drogę defensywnej strategii militarnej, którą symbolizowała budowa umocnień na granicy z Niemcami, nazwanych linią Maginota. Wiarygodność drugiego sojusznika – Rumunii, wydawała się od początku problematyczna. Państwo to, znacznie rozszerzone terytorialnie po pierwszej wojnie światowej, przeżywało poważne trudności wewnętrzne. W opinii przywódców polskich rumuńskie siły zbrojne pozostawiały bardzo wiele do życzenia jako armia sprzymierzona. Dochodziła do tego jeszcze chwiejność polityki zagranicznej Rumunii w latach trzydziestych.

W 1934 r. powstało pojęcie polityki równowagi. Wyrażało ono doktrynę niezawisłości między Niemcami a ZSRR. Aby nie naruszyć podstaw tej polityki, rząd polski odrzucał zarówno koncepcje współdziałania z Niemcami przeciw Sowietom, jak i z Sowietami przeciw Niemcom. Kierując się tą zasadą, Polska nie przyjęła propozycji francuskich w sprawie paktu wschodniego (1934–1935), pojmowanego jako oferta bloku „bezpieczeństwa zbiorowego” dla Europy Wschodniej. Akces do tego systemu zobowiązań położyłby kres polityce równowagi, przyniósłby zerwanie stosunków z Niemcami oraz niewątpliwie również uzależnienie od ZSRR. Z identyczną motywacją Warszawa nie przyjęła również niemieckiej oferty akcesu do paktu antykominternowskiego (1936–1939). Rezygnacja z układów prowadzących do podporządkowania Polski interesom ZSRR lub Niemiec stanowiła najistotniejszą myśl programową polskiej polityki zagranicznej w latach 1934–1939.

pic_1-d-1138-13.jpg

Berlin, lipiec 1935. Minister spraw zagranicznych RP Józef Beck (w środku) w towarzystwie ministra spraw zagranicznych Niemiec Konstantina von Neuratha (z prawej) i ambasadora Polski w Niemczech Józefa Lipskiego (z lewej) opuszcza gmach MSZ na Wilhelmstrasse. Narodowe Archiwum Cyfrowe

 

Kamieniem węgielnym polityki równowagi stała się polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 r. Porozumienie to nie przyniosło Polsce uznania zachodniej granicy ze strony Niemiec. Nie było też traktatem, ale deklaracją – podlegającą procedurze ratyfikacji. Obie strony wyrzekały się jedynie stosowania przemocy w celu rozwiązywania sporów między sobą. Niezależnie od tych niedoskonałości układ z Niemcami przyniósł znaczący awans Warszawy na arenie międzynarodowej. Położenie Polski w Europie Środkowo-Wschodniej się wzmocniło. Doszło do odroczenia w czasie niemieckich roszczeń terytorialnych.

Dyplomacja polska nie zdołała jednak uniknąć osłabienia sojuszu z Francją. Chociaż układając swe relacje z III Rzeszą, nie zamierzała nigdy zrezygnować z przymierza z Francją, to rozkład tego przymierza stał się w realiach lat trzydziestych niemal nieuchronny. Zawarcie układu z Niemcami przesądziło o braku zainteresowania Warszawy dla różnych projektów zbiorowego bezpieczeństwa i zabiegów o „Locarno wschodnie”, gdyż rząd polski bardziej cenił sobie bilateralny układ z Niemcami niż porozumienia wielostronne. Prowadzenie niezależnej polityki wzmacniało prestiż Polski, co dla Piłsudskiego i Becka nie było bez znaczenia.

Stosunki polsko-niemieckie po 1934 r. opierały się na pewnym nieporozumieniu. Polsce układ z Niemcami miał zagwarantować bezpieczeństwo i granice. Z kolei dla Hitlera unormowane relacje z Polską stanowiły jedynie punkt wyjścia do szerszych planów militarnych – przede wszystkim antysowieckich. Hitler chciał włączyć Polskę do wspólnej walki przeciwko Sowietom, Polska zaś starała się prowadzić politykę niezależną. Niemcy zamierzały tolerować przez jakiś czas polską politykę równowagi, ale nie zawsze. Porozumienie polsko-niemieckie z 1934 r. było zatem prowizorium, które nie miało szans przetrwania. Nie da się jednak zaprzeczyć, że jedynie normalizacja stosunków polsko-niemieckich chroniła Polskę przed katastrofą niemiecko-sowieckiego współdziałania.

W latach 1934–1938 stosunki polsko-niemieckie doznały daleko idącej poprawy, nie udało się natomiast utrzymać na tym samym poziomie relacji Warszawy z Moskwą. Sowieci nie godzili się z naszą polityką równowagi jako rzeczywistością nieodwracalną. W planach Kremla nie było miejsca dla Polski niezależnej i znaczącej w układzie sił Europy Środkowo-Wschodniej. Politykę ministra Becka postrzegano w Moskwie jako proniemiecką, zwróconą przeciw interesom ZSRR, przeciwną wszelkim próbom budowania bloku antyniemieckiego.

Jednak do wiosny 1939 r. Polska utrzymała zasadę równowagi i niezawisłości między Niemcami i bolszewicką Rosją. Rząd polski nie dopuścił do zaciągnięcia żadnych zobowiązań wobec jednego ze swych wielkich sąsiadów przeciwko drugiemu. W tym sensie polityka równowagi była jak najbardziej realizowana.

Marszałek Piłsudski obawiał się, że w razie ustanowienia bloku politycznego na wzór paktu wschodniego, sojusz polsko-francuski utraciłby swoje pierwotne, korzystne dla Polski znaczenie. Francja przerzuciłaby – na swój sposób – zobowiązania wobec Polski na rzecz takiego systemu gwarancyjnego, w którym główną siłą Europy Wschodniej stałby się Związek Sowiecki. Co więcej, wobec braku wspólnej granicy niemiecko-sowieckiej wypełnienie przez ZSRR zobowiązań sojuszniczych oznaczałoby przemarsz Armii Czerwonej przez terytorium Rzeczypospolitej. Oczywiste jest, że żaden rząd polski nie mógł dobrowolnie wyrazić na to zgody, gdyż wkroczenie wojsk sowieckich byłoby ostatnim dniem naszej niepodległości. To geopolityczne uwarunkowanie tłumaczy polską rezerwę do wszelkich prób wiązania się z państwem Sowietów, nawet gdyby zdawało się ono nieść takie czy inne korzyści doraźne.

Dyplomacja polska prowadziła politykę dystansu wobec „wojny religijnej” w Europie, którą przyniosła ofensywa i rywalizacja mocarstw totalitarnych w drugiej połowie lat trzydziestych. Minister Beck nie ufał w efektywność zbiorowego bezpieczeństwa i był przeciwny wszelkim blokom politycznym. Bankrutująca Liga Narodów stawała się w jego oczach „wielkością nieistniejącą” (quantité négligeable).

Jednym z najważniejszych celów polityki polskiej – obok utrzymania sojuszu z Francją – było dążenie do nawiązania współpracy z Wielką Brytanią. Józef Beck postrzegał za Piłsudskim, iż „droga do Paryża wiedzie przez Londyn”. Oznaczało to, że renowacja sojuszu z Francją może być skuteczna tylko na drodze zbliżenia polsko-brytyjskiego, gdyż polityka francuska uzależniona jest coraz bardziej od brytyjskiej strategii politycznej. Do zbliżenia polsko-brytyjskiego nie mogło jednak dojść w realiach polityki ustępstw (appeasement), którą prowadził rząd brytyjski w latach 1937–1938. Poza tym Europy Środkowo-Wschodniej nie postrzegano w Londynie jako obszaru żywotnych interesów brytyjskich. Kierownictwo polskiej polityki zagranicznej miało tego świadomość, ale żywiło przekonanie, że Rzeczpospolita może stać się na tyle istotnym czynnikiem stabilizacji tego regionu, iż rząd brytyjski wesprze jej starania i działania.

W latach 1937–1938 w Warszawie poszukiwano nowej formuły bezpieczeństwa dla Europy Środkowo-Wschodniej. Koncepcją taką stał się projekt Becka w sprawie „Trzeciej Europy”, czyli systemu Międzymorza – od Skandynawii po Jugosławię, którego rdzeniem miało być ścisłe współdziałanie polsko-rumuńsko-węgierskie oraz wspólna granica polsko-węgierska jako warunek sine qua non. Przekonanie o tym, że nasz kraj może odgrywać samodzielną i liczącą się rolę w Europie Środkowo-Wschodniej, wymagało uzupełnienia w postaci idei Polski jako swoistego rzecznika interesów państw narodowych tego regionu.

W systemie „Trzeciej Europy” nie było miejsca dla Czechosłowacji. Mało realistycznym założeniem okazała się teza, że dezintegracja Czechosłowacji nie pogorszy położenia Polski, a nawet otworzy nowe możliwości. Przeciw planowi Becka działał silny antagonizm rumuńsko-węgierski. W rejonie wschodniego Bałtyku trudności pogłębiał antagonizm polsko-litewski (załagodzony dopiero w 1938 r.) oraz idee neutralizmu kultywowane w Rydze i Tallinie. Polskie plany dotyczące bloku Międzymorza musiały ostatecznie upaść w obliczu ekspansjonizmu III Rzeszy, jej przewagi politycznej i dominacji gospodarczej.

Oskarżenia, iż Polska w latach 1934–1938 współdziałała z Niemcami w burzeniu systemu wersalskiego, nie odpowiadają rzeczywistości. W latach 1934–1938 za sprawą swej polityki równowagi pełniła raczej stabilizującą rolę na arenie międzynarodowej, przede wszystkim w Europie Środkowo-Wschodniej. Polityka równowagi zawsze sprawiała wrażenie niekonsekwentnej, wewnętrznie niespójnej i nieprzemyślanej, ale oparta była na racjonalnych podstawach, nie miała zaś racjonalnej alternatywy. Pozwalała uniknąć uprzedmiotowienia w relacjach międzynarodowych. Wszystkie opinie o braku realizmu twórców tej polityki powstawały ex post, były formułowane z perspektywy dzisiejszej wiedzy o stosunkach w Europie dwudziestolecia międzywojennego, niedostępnej dla polskich przywódców w latach 1934–1939. Dziś wiemy, że poszczególne państwa narodowe wersalskiej Europy miały bardzo ograniczone możliwości kształtowania efektywnej polityki bezpieczeństwa. Ta prawda nie była wówczas oczywistością.

Summa summarum, wskazać możemy trzy zasadnicze idee programowe dyplomacji polskiej w latach 1934–1939: utrzymanie za wszelką cenę niezależności i równowagi między Niemcami a Sowietami; zachowanie bilateralnych sojuszów z Francją i Rumunią oraz uzyskanie poparcia Wielkiej Brytanii dla stabilizacyjnej roli Polski w kształtowaniu bezpieczeństwa międzynarodowego w Europie Środkowo-Wschodniej; utworzenie Międzymorza jako strefy neutralnej od Bałtyku po Adriatyk – między Niemcami a ZSRR.

III.

Polska polityka zagraniczna w latach 1934–1939 opierała się zarazem na pięciu ogólnych zasadach politycznych: 1) „nic o nas bez nas”, 2) wierność wartościom niemającym ceny, czyli imponderabiliom, 3) bilateralizm, 4) dynamizm w stosunkach z zagranicą, 5) symetria w stosunkach Polski z innymi podmiotami polityki międzynarodowej.

1) Zasada „nic o nas bez nas” uważana była za nadrzędny postulat polityki polskiej. W koncepcji tej nie chodziło bynajmniej o to, aby doprowadzić do zrównania pozycji Polski ze statusem wielkich mocarstw. U jej podstaw tkwiło natomiast przekonanie, że państwo polskie powinno dążyć do egzekwowania poszanowania swych interesów regionalnych; żadne problemy międzynarodowe w Europie Środkowo-Wschodniej nie mogą być rozstrzygane bez uwzględnienia stanowiska Polski. Ani Józef Piłsudski, ani Józef Beck nie mieli wątpliwości co do tego, że Polska nie jest mocarstwem. Należy pamiętać, że w międzywojennej Europie pojęcie mocarstwa było inaczej rozumiane niż dzisiaj. Piłsudski i Beck dzielili państwa zasadniczo na trzy kategorie. Pierwszą z nich stanowiły „wielkie mocarstwa” (Wielka Brytania, Francja, Niemcy Hitlera), nie tylko mające potencjał ekonomiczny, ale i realizujące światowe interesy, drugą – państwa, które są „klientami wielkich mocarstw” i w związku z tym nie prowadzą samodzielnej polityki zagranicznej (np.: Czechosłowacja, Rumunia), trzecią zaś państwa niebędące wielkimi mocarstwami, ale prowadzące własną, niezależną politykę zagraniczną. W tej właśnie grupie pragnęli widzieć Polskę.

2) Idea imponderabiliów wyrastała z przekonania, że w stosunkach międzynarodowych występują wartości, które nie mają wymiernej ceny. Ludzie identyfikujący się z obozem Piłsudskiego wskazywali na trzy takie wartości: niepodległość państwa, jego całość terytorialną, honor narodu. Kompromis kosztem każdej z nich uznawano za niemożliwy. W 1939 r. Józef Beck odwołał się do honoru narodu jako największego i ponadczasowego dobra.

3) Koncepcja bilateralizmu, czyli preferowania dwustronnych porozumień kosztem przywiązania do zobowiązań wielostronnych i wszelkiej ideologii „bezpieczeństwa powszechnego”, znamionowała polityczną filozofię marszałka Piłsudskiego i ministra Becka. Porozumienia bilateralne jawiły się w ich czach jako bardziej skuteczne niż wielostronne. Była to filozofia pewnego minimalizmu, wyrastająca na gruncie sceptycznego usposobienia twórców polskiej polityki równowagi wobec modelu zobowiązań międzynarodowych opartego na Lidze Narodów.

4) Zasada dynamizmu łączyła się z przekonaniem, że Europa wkracza w okres bardzo ostrej walki o przetrwanie poszczególnych państw narodowych. Minister Beck obserwował ofensywę mocarstw totalitarnych. Dostrzegał słabość i bierność państw demokratycznych. Przede wszystkim jednak był przekonany o tym, że w kształtujących się realiach bierność na arenie międzynarodowej może doprowadzić Polskę do katastrofalnych następstw – do utraty niepodległości lub okrojenia terytorialnego. W 1937 r. tak ujął swoje wskazania dla dyplomatów: „Należy wpierw przez dłuższy czas powtarzać swoje pretensje, aby ludzie uwierzyli w ich słuszność i w końcu zaczęli je realizować. Ponieważ skłopotany obecnie świat boi się państw dynamicznych i chętnie się z nimi układa, by nie dopuścić do awantury – podkreślajmy te elementy, które świadczą i czynią wrażenie, że jesteśmy dynamikami”. Dynamizm ów miał się wyrażać przede wszystkim w aktywności dyplomacji polskiej na arenie międzynarodowej oraz w działaniach jednostronnych, połączonych z demonstracją siły, gdy zachodziła nadzwyczajna konieczność. Przykładem tego ostatniego stało się ultimatum postawione rządowi Litwy 17 marca 1938 r. w kwestii nawiązania stosunków dyplomatycznych oraz ultimatum skierowane do Czechosłowacji 30 września tego roku w sprawie zwrotu Śląska Cieszyńskiego.

5) Zasada symetrii w stosunkach z zagranicą stanowiła dopełnienie dewizy „nic o nas bez nas”. Stanowisko Polski wobec innych podmiotów polityki międzynarodowej miało być takie, jak ich traktowanie Rzeczypospolitej i jej interesów. Po raz pierwszy Beck odwołał się do tej zasady w swym exposé w Sejmie 15 lutego 1933 r., a jego słowa odnosiły się do stosunków z najtrudniejszym partnerem – z Niemcami.

IV.

Bilans polskiej polityki zagranicznej w latach 1934–1939 nie jest łatwy do sporządzenia. Warto jednak dać parę refleksji na ten temat. Po pierwsze z polityką tą wiąże się krótkotrwały okres wzrostu znaczenia Polski na arenie międzynarodowej. Rzeczpospolita przestała być państwem drugiej kategorii. Znalazła środki realnego awansu w polityce europejskiej. Awans ten nie był jednak trwały.

Po drugie polityka równowagi pozwalała przetrwać appeasement. Ewentualne ustanowienie kwartetu wielkich mocarstw jako organu uprawnionego do zmian granic prowadziłoby do zmarginalizowania Polski na arenie międzynarodowej i czyniłoby ją obiektem w stosunkach między mocarstwami. Dlatego też postawę Becka wobec mocarstw zachodnich w drugiej połowie lat trzydziestych ce­chowała zasada ograniczonego zaufania. Miał tego świadomość brytyjski ambasador w Warszawie Howard Kennard, który w jednym ze swych raportów pisał do ministra spraw zagranicznych lorda Hali­faxa: „Beck oparł swą politykę na przekonaniu, że zarówno rząd JKM, jak i rząd francuski nie będą przygotowane – gdy zajdzie potrzeba – aby zaoferować Polsce efektywną pomoc przeciwko dalszym ekspansywnym posunięciom Niemiec w środkowej Europie”. Beck był przekonany, że w razie zagrożenia Polska nie otrzyma pomocy ze strony sojuszniczej Francji. Zarazem zakładał, że trzeba przeczekać politykę ustępstw jako określoną fazę w dziejach dyplomacji europejskiej, gdyż musi ona dobiec końca – wtedy, gdy interesy mocarstw zachodnich zostaną zagrożone przez Niemcy.

Po trzecie kierownictwo polskiej polityki zagranicznej nie zdołało uniknąć uwikłania w bardzo niejednoznaczną konfigurację sił jesienią 1938 r. Ówczesna polityka Rzeczypospolitej wobec Czechosłowacji i ultimatum w sprawie zwrotu Zaolzia z 30 września 1938 r. wywołały w Europie wrażenie, że posunięcia te były uzgodnione z Niemcami. Polska dyplomacja osiągnęła zamierzony cel, ale za cenę ogólnej dezaprobaty i potępienia oraz przejściowej izolacji. Trzeba jednak podkreślić z całą mocą, że dyplomacja polska nie działała w porozumieniu z Berlinem, nie zaciągnięto też żadnych zobowiązań na rzecz III Rzeszy, które uzależniałyby Polskę od tego mocarstwa. Gdyby tak się stało, już wówczas nastąpiłby kres polityki równowagi. Idea równowagi została jednak mimo kryzysu międzynarodowego 1938 r. ocalona.

Po czwarte wraz z konferencją monachijską jesienią 1938 r. upadły wszelkie dotychczasowe przesłanki polityki równowagi. Skończyła się bardzo względna i krucha stabilizacja w Europie Środkowo-Wschodniej, na której Beck opierał swoje kalkulacje i działania. W warunkach realizowanej przez Wielką Brytanię i Francję polityki appeasementu minister Beck nie dysponował bowiem alternatywą dla swojego dążenia do utrzymania dobrych stosunków z Niemcami tak długo, jak było to do pogodzenia z niezbywalną zasadą zachowania niepod­ległości Polski.

Po piąte zbliżenie z Niemcami, którego wyznawcą niewątpliwie był Beck, miało zawsze swoją wymierną granicę: utrzymanie niepodległości i integralności terytorialnej państwa. Z tego powodu odrzucone zostały żądania Hitlera i Ribbentropa dotyczące powrotu Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy i eksterytorialnej autostrady przez Pomorze Gdańskie. Przyjmując je, można byłoby uniknąć scenariusza, który stał się udziałem Polski w 1939 r., ale nasz kraj okazałby się w ten sposób wasalem III Rzeszy i nieodwołalnie musiałby wziąć udział w wyprawie przeciw państwu Sowietów. „Pobilibyśmy wspólnie z Niemcami Rosję, a potem pasalibyśmy Hitlerowi krowy na Uralu” – mówił Beck w Rumunii w 1940 r. Żądania przywódcy III Rzeszy były nie do przyjęcia nie z powodów prestiżowych, ale ze względu na niewzruszone przeświadczenie polskiego kierownictwa politycznego, że są sprzeczne z najżywotniejszymi interesami Rzeczypospolitej.

Po szóste w 1939 r. o losach Polski przesądził pakt Ribbentrop-Mołotow, czyli układ rozbiorowy dwóch mocarstw totalitarnych zawarty na Kremlu 23 sierpnia tego roku. Niebezpieczeństwo zbliżenia między Berlinem a Moskwą nigdy nie przestało zagrażać Polsce Odrodzonej. Polscy przywódcy nie rozpoznali jednak tego zagrożenia. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Warszawie dominowało przekonanie, iż gwarancje umiędzynarodowienia konfliktu polsko-niemieckiego, które udało się zdobyć, przesądzają o neutralności ZSRR w pierwszej fazie nadchodzącej wojny europejskiej. Beck nie spodziewał się więc wystąpienia Związku Sowieckiego przeciwko Polsce. Rząd polski nie uzyskał też żadnych wiarygodnych informacji o zakresie niemiecko-sowieckiego tajnego protokołu z 23 sierpnia 1939 r. Rządy Francji i Stanów Zjednoczonych, które weszły w posiadanie konkretnych informacji na ten temat, nie powiadomiły o tym władz polskich. W świetle dotychczasowej wiedzy historyków jest jednak pewne, że nawet gdyby znał tajne klauzule sowiecko-niemieckiego traktatu o nieagresji, minister Beck nie miał żadnego pola dyplomatycznego manewru. Nie był w stanie żadnym posunięciem oddalić nieuchronnego rozbioru państwa, chyba że pod postacią alternatywy politycznej rozumieć natychmiastową kapitulację na rzecz Niemiec.

Po siódme polityka równowagi wytrzymywała próbę czasu tak długo, jak trwały rozbieżności między ZSRR a III Rze­szą. Pakt z 23 sierpnia 1939 r. stał się jednak dowodem na to, że zbieżne interesy geopolityczne obydwu mocarstw i wspólne pra­gnienie obalenia systemu wersalskiego w Europie Środkowo-Wschodniej są silniejsze niż założenia ideologiczne systemów ustrojowych III Rzeszy i Związku Sowieckiego. Tego wszakże nie dostrzegli przywódcy II Rzeczypospolitej.

* * *

Dewiza „nic o nas bez nas” pozostaje i dzisiaj drogowskazem dla polskiej polityki zagranicznej. W warunkach postępującego i nieodwracalnego rozkładu systemu wersalskiego jednak żadne pojedyncze państwo narodowe nie było w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa o własnych siłach. Bilateralne porozumienia sojusznicze natomiast zawiodły. Niepowodzenie polskiej koncepcji polityki zagranicznej nie stanowi więc odosobnionego wypadku w Europie Środkowo-Wschodniej. Z tego punktu widzenia można oceniać, że przegrały wszystkie państwa tego regionu – od Bałtyku po Adriatyk, gdyż żadne nie ocaliło swej niepodległości podczas drugiej wojny światowej. Nie oznacza to bankructwa państwa narodowego jako formy politycznej, lecz raczej dowodzi fiaska ładu międzynarodowego, który stworzono po pierwszej wojnie światowej.

Krytyka polityki równowagi jest bardzo łatwa. Tylko wśród samych historyków znajdziemy wiele przykładów, które potwierdzają, że nadal nie jest łatwo zrozumieć dylematy położenia międzynarodowego Polski w końcu lat trzydziestych. Polityka równowagi nie miała zasadniczej alternatywy, ale możliwe były jej korektury taktyczne. Załamała się nie z powodu takich czy innych decyzji lub zaniechania działań przez przywódców polskich, lecz dlatego, że ostatecznie runął cały system międzynarodowy stworzony na paryskiej konfe­rencji pokojowej. Systemu tego Rzeczpospolita nie mogła obronić, chociaż była i jego beneficjentem, i istotnym składnikiem.

Możliwości, jakimi dysponowała dyplomacja polska w końcu lat trzydziestych, były niezmiernie ograniczone; stwierdzenie to nie jest ani odkrywcze, ani nowe. Pytanie o to, w jaki sposób Polska miała wówczas poszukiwać gwarancji bezpieczeństwa, nie znajduje racjonalnej odpowiedzi, chociaż historyk dysponuje dzisiaj możliwie pełną wiedzą o realiach międzynarodowych lat 1934–1939, której z natury rzeczy nie miało kierownictwo dyplomacji tamtego czasu. Polska u kresu lat trzydziestych znalazła się w sytuacji rozkładu systemu politycznego, jaki usiłowała stworzyć Liga Narodów i zwycięskie mocarstwa Ententy. Była państwem leżącym wprawdzie w geograficznym centrum Europy, ale peryferyjnym w międzynarodowym systemie bezpieczeństwa.

Konflikt niemiecko-sowiecki dawał określone możliwości. Pozwalał też kalkulować, że niezawisłość Polski między dwoma totalitarnymi mocarstwami jest możliwa. „[...] jesteśmy elementem potrzebnym zwaśnionym stronom, z których każda się boi i nie chce do tego dopuścić, byśmy się mieli przenieść do jej przeciwnego obozu. Zaczynam dochodzić myślą do paradoksu, że nasza sławna, tak okrzyczanie zła sytuacja geograficzna najgorszą nie jest, bo robi z nas bufor między dwoma kolosami” – pisał wiceminister spraw zagranicznych Jan Szembek w jednym ze swych listów wiosną 1937 r. Była to ocena w owym roku realistyczna, ale nazbyt optymistyczna w skali długofalowej.

Powzięta na początku 1939 r. przez Józefa Becka decyzja o odrzuceniu żądań niemieckich miała wielkie znaczenie międzynarodowe i historyczne. Tego znaczenia nie ujmuje jej upływ czasu. W rezultacie polskiej decyzji Europa stanęła w obliczu nieuchronnej wojny, chociaż wielu ówczesnych polityków europejskich żywiło złudzenia co do tego, że pokój będzie można ocalić, zaspokajając roszczenia terytorialne Hitlera na wzór monachijski. W takich warunkach 31 marca 1939 r. Wielka Brytania udzieliła Polsce gwarancji niepodległości. Rząd brytyjski kierował się nie etyką, ale własnymi interesami. Niezależnie od wszystkiego minister Beck pozyskał dla Polski jako sojusznika czołowe mocarstwo ówczesnego świata. Wiadomo, że alians ten nie przyniósł militarnej pomocy brytyjskiej we wrześniu 1939 r. Było to jednak maksimum tego, co polska dyplomacja w ówczesnych warunkach mogła uzyskać. Otrzymawszy zobowiązania gwarancyjne, przekształcone w porozumienia dwustronne, Polska weszła do wojny jako członek koalicji mającej szanse zwycięstwa nad Niemcami. Że po zakończeniu drugiej wojny światowej Polacy nie odzyskali niepodległości – to inne zagadnienie, niemożliwe do przewidzenia w 1939 r.

Zapraszamy do obejrzenia galerii multimedialnej na temat dyplomacji polskiej okresu II Rzeczypospolitej.

Marek Kornat – profesor oraz kierownik Zakładu Dziejów Dyplomacji i Systemów Totalitarnych w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk, profesor historii stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Autor licznych prac i studiów poświęconych dyplomacji II Rzeczypospolitej. Ostatnio ogłosił drukiem monografię podsumowującą wieloletnie przemyślenia: Polska polityka zagraniczna 1938–1939. Cztery decyzje Józefa Becka (wyd. Oskar i Muzeum II Wojny Światowej, Gdańsk 2012, ss. 626).